Okołopodróżniczo

Co wyszło z „Wyzwania Stu Wyrazów”?

posted by Krzysiek 2 maja 2016 0 comments
SAMSUNG CSC

Kiedy pół roku temu wyruszaliśmy z Polski, miałem w głowie śmiały pomysł: nazwałem go Wyzwaniem Stu Wyrazów i nawet pisałem o nim na blogu. Plan zakładał, żeby przed wjazdem do każdego kolejnego kraju uczyć się przynajmniej stu wyrazów w lokalnym języku, aby była to mocna podstawa, która w czasie pobytu mogłaby się dynamicznie rozwijać w zdolność płynnej komunikacji. Oznaczało to oczywiście (przy dobrym samopoczuciu, sile i odpowiednim dostępie do Internetu) kilka dni spędzonych na nauce przed wyjazdem z kraju poprzedniego. Plan piękny: romantyczna wizja zostania poliglotą siedziała mi w głowie. Rzeczywistość pokazała jednak, że wcale nie jest tak łatwo z uczeniem się języków. W sumie to wszystko wyszło na opak i chyba nawet nie chodziło o mój słomiany zapał. Każdy kraj rzucał mi po prostu kłody pod nogi, żebym tylko się nie uczył. Wszystko przeciwko mnie!

W Kirgistanie okazało się, że i tak wszyscy wolą od razu przejść na rosyjski. Co prawda reakcja zawsze była fajna, jak próbowałem powiedzieć coś po kirgisku, ale na tym się kończyło. Znajomość kirgiskiego – szczególnie podstaw budowy zdań – przydała się, kiedy przez jakiś czas pracowaliśmy jako wolontariusze w szkole. Po prostu pozwoliło mi to określić, co jest źródłem problemów dziewczynek w zrozumieniu gramatyki angielskiej. Kirgiski to język SOV, czyli stawiający czasownik na końcu zdania, a czasem ten czasownik jest również zupełnie pomijany, jest domyślny. Od wyjaśnienia tego dziewczynkom trzeba było zacząć całą naukę.

Kirgizi to bardzo ciepli ludzie. A jeśli zrobi się na tyle zimno, że trzeba sięgnąć po cięższe środki, żeby się rozgrzać, to te środki na pewno znajdą się w bagażniku samochodu, oczywiście od razu z plastikowymi kubeczkami.

Kirgizi to bardzo ciepli ludzie. A jeśli zrobi się na tyle zimno, że trzeba sięgnąć po cięższe środki, żeby się rozgrzać, to te środki na pewno znajdą się w bagażniku samochodu, oczywiście od razu z plastikowymi kubeczkami.

Trochę ironicznie okazało się, że kirgiski tak naprawdę przydał się dopiero po… przekroczeniu granicy z Chinami. Był użyteczny w kontaktach z Ujgurami – mieszkańcami najbardziej wysuniętej na zachód prowincji Xinciang. Język Ujgurów należy do rodziny języków turkijskich, więc kirgiski pomieszałem z tureckimi i perskimi wyrazami, które znałem z poprzedniej podróży. Coś z tego nawet wychodziło. Całkiem ironicznie najwięcej ujgurskich fraz nauczyłem się od… dwóch Pakistańczyków, z którymi dzieliliśmy stół w knajpie, a którzy do Kaszgaru przyjeżdżali w celach biznesowych, jak za starych dobrych czasów Jedwabnego Szlaku. Ujgurskie słowniki i kursy językowe praktycznie jednak nie istnieją, tak jak Ujgurowie nie istnieją dla zewnętrznego świata, nie było więc czym się później posiłkować. Dowiedziałem się jednak, że ujgurski jest w gruncie rzeczy niemalże identyczny z uzbeckim, więc potencjalnie moglibyśmy używać Tłumacza Google, z tym, że oba narody używają innych alfabetów, więc nie wiedzieliśmy czy to wypali. Wiedzieliśmy natomiast, że wychowani na alfabecie arabskim Ujgurzy mają problemy z czytaniem wyrazów w alfabecie łacińskim, chociaż niektórzy na pewno znają litery.

Handel kamieniami z Ujgurami. Pan pośrodku zabrał nas później na obiad do swojego domu.

Handel kamieniami z Ujgurami. Pan pośrodku zabrał nas później na obiad do swojego domu.

Tak czy siak byliśmy tam krótko i niebawem mieliśmy kontakt już wyłącznie z Chińczykami Han i paroma innymi nacjami zamieszkującymi kolejne prowincje. No i tu zaczęły się schody – język chiński zwyczajnie nas pokonał, nie tylko przez trudność wymowy (intonacja), ale też przez różnorodność akcentów. Chińczycy z różnych prowincji nawet sami nieraz porozumiewają się za pomocą znaczków kreślonych na skrawkach papieru, bo sami się wzajemnie nie rozumieją. Zdarzało się np. w hotelach, że Chińczyk pisał na kartce to co chciał powiedzieć, bo myślał, że przyjechaliśmy z odległej prowincji. Zdaje się, że dla pracowników hoteli czy restauracji taki sposób porozumiewania się to codzienność. Nasz dziwny, nieznany akcent (a konkretnie język angielski, w którym się do nich zwracaliśmy) musiał pochodzić z bardzo daleka, więc zapisanie wszystkiego na kartce na pewno pomoże. Ostatecznie zaczęliśmy mówić do nich po polsku – i to zadziałało, bo wtedy nie mieli już wątpliwości, że mówimy w obcym języku.

Koniec końców Chiny były krajem Tłumacza Google i słowniczka obrazkowego. Próbowałem mimo wszystko używać słów, które poznałem, ale rzadko kiedy były rozumiane. Wcześniej znalazłem fajny kurs językowy, ale był to kurs od podstaw, tzn. zaczynał od zdań typu „dziewczynka je jabłko”, a więc w użyciu krótkoterminowym był bezużyteczny.

Nie zamieniłem z tym panem słowa, ale i tak jakoś porozumieliśmy się wzrokiem. Czy był Hanem, Huiem czy jeszcze kimś innym? Nie wiem.

Nie zamieniłem z tym panem słowa, ale i tak jakoś porozumieliśmy się wzrokiem. Czy był Hanem, Huiem czy jeszcze kimś innym? Nie wiem.

No i tak pomysł się w sumie posypał, a dalej było już tylko gorzej. Następne kraje: Laos, Tajlandia, Kambodża zupełnie mnie zdemotywowały – ale tu problemem było to, że ludzie zwyczajnie nie chcieli wchodzić z nami w interakcje. To kraje ludzi nudnych i zupełnie niezainteresowanych przybyszem. Nawet jeśli ktoś mówił po angielsku, to konwersacja zazwyczaj urywała się po dwóch zdaniach. To trochę szok w porównaniu np. z Chińczykami, gdzie każdy potrafił nas wypytać o imię babci i wiek psa, używając samego słowniczka obrazkowego. W tych krajach natomiast ludzie po prostu nie byli zainteresowani konwersacją. Niczego się od niech nie nauczyliśmy ani nie dowiedzieliśmy o kulturze, historii czy gospodarce. Więcej można było wyciągnąć z godzinnej pogawędki z mieszkającym tam obcokrajowcem niż z miesięcznego obcowania z tubylcami. To okres, który wyzuł mnie z podróżniczego zapału, zacząłem już nawet myśleć, że wszędzie na świecie jest tak nudno.

Tajskie dzieci. Niestety coraz więcej osób w ich kraju ma problem z otyłością. Znamy przyczyny, ale i tak nie ma z kim o tym porozmawiać.

Tajskie dzieci. Niestety coraz więcej osób w ich kraju ma problem z otyłością. Znamy przyczyny, ale i tak nie ma z kim o tym porozmawiać.

Pewne odświeżenie i nadzieje przyniosła Malezja – od dawna miałem chrapkę na ich język (i bardzo podobny język ich sąsiadów z Indonezji). Główna siła napędowa jest taka, że używają tego samego alfabetu co my, a ja jestem wzrokowcem, więc muszę widzieć, jak coś jest zapisane, żeby to zapamiętać. Po wjeździe do Malezji (dosłownie wjeździe na pełnej prędkości – o tym dniu też opowiadaliśmy na blogu) zacząłem niemalże zlizywać wzrokiem malezyjskie napisy z budynków i znaków drogowych. Wchodziły z łatwością. Szkoda tylko, że byliśmy tam tak krótko – ale za dwa tygodnie tam wracamy i już się do tego przygotowuję merytorycznie i językowo.

Około jedną czwartą całej populacji Malezji stanowią Chińczycy, często mieszkający tam od pokoleń. Jednym z nich był Jacky, nasz host z Kuala Lumpur i tak jak my - rowerzysta. Kulturowy kocioł powoduje, że Malezja jest w dużej mierze krajem angielskojęzycznym.

Około jedną czwartą całej populacji Malezji stanowią Chińczycy, często mieszkający tam od pokoleń. Jednym z nich był Jacky, nasz host z Kuala Lumpur i tak jak my – rowerzysta. Kulturowy kocioł powoduje, że Malezja jest w dużej mierze krajem angielskojęzycznym.

Zaskoczeniem był Nepal – zupełne przeciwieństwo krajów Azji Południowo-Wschodniej w kwestii ludzi, ale niestety znowu kraj z nieznanym mi alfabetem, uniemożliwiającym zczytywanie napisów z tablic. Wzniosłe plany nauki języka dodatkowo pokrzyżował fakt, że z większością ludzi – nawet z dala od cywilizacji – da się komunikatywnie dogadać po angielsku, więc po prostu nie ma potrzeby używania nepalskiego ani innych języków obecnych w kraju. W ten sposób przez osiem tygodni pobytu w tym kraju nauczyłem się nie więcej niż… dziesięciu wyrazów, a żadne oprócz powitań i podziękowań nie znalazły zastosowania. To także pierwszy kraj, w którym nawet nie nauczyłem się liczb. Nawet w Armenii, gdzie byliśmy przez zaledwie trzy dni, liczb nauczyłem się jeszcze pierwszego wieczora.

Nepalczycy są bardzo ciekawscy i rozmowni. To dla nich zupełnie normalne, żeby zajrzeć komuś do namiotu z samego rana.

Nepalczycy są bardzo ciekawscy i rozmowni. To dla nich zupełnie normalne, żeby zajrzeć komuś do namiotu z samego rana.

Teraz w Nepalu zostały nam jeszcze dwa tygodnie i chcemy ten czas wykorzystać na odpoczynek od przygód. Może uda się uzupełnić zaległe wpisy na blogu, a może także – w końcu, po raz pierwszy od wjazdu do Kirgistanu – uda się w końcu spełnić założenie Wyzwania Stu Wyrazów. Może. Trzymajcie kciuki.

Za zmotywowanie mnie do napisania tego tekstu chciałbym podziękować Natalii, która dzisiaj rano (a dokładniej to jeszcze wczoraj późno w nocy polskiego czasu) napisała do mnie wiadomość odnośnie Wyzwania Stu Wyrazów, a ja w odpowiedzi tak się rozpisałem, że ostatecznie zdecydowałem się machnąć o tym cały artykuł. Dziękuję!!!

You may also like

%d bloggers like this: