Chiny

Jak bardzo żółta jest Żółta Rzeka?

posted by Krzysiek 6 maja 2016 0 comments
SAMSUNG CSC

Cóż, zależy jak na nią patrzeć. Jeśli patrzy się z bliska, to faktycznie jest dość żółta. Albo żółtawo-brązowa. Ale wystarczy oddalić się trochę i zaczyna szarzeć, aż w końcu staje się całkiem szara. Co to za magia? Żółta Rzeko, jak ty to robisz?

Chiny, grudzień ubiegłego roku. Państwo Środka przemierzaliśmy z północnego zachodu na południe, ale tym razem – nietypowo dla nas – autobusem. Zatrzymał się nam na autostradzie, kiedy próbowaliśmy złapać stopa, a że goniły nas terminy, to znaczy na północy z każdym dniem robiło się coraz zimniej, to stwierdziliśmy, że nie zaszkodzi tym razem zapłacić za przejazd. Chcieliśmy jak najszybciej uciec tam, gdzie będzie cieplej. Spodziewaliśmy się, że 700km po autostradzie minie jak z bicza strzelił, ale myliliśmy się. Autokar wlókł się bite 19 godzin. Do Lanzhou (lan-dżu) dotarliśmy z samego rana.

W sumie nie byliśmy nawet jakoś bardzo źli. Ominęła nas konieczność płacenia za nocleg, bo wyspaliśmy się w autokarze, a teraz mieliśmy cały dzień na zwiedzanie miasta. Wydało się nam ono ciekawe z paru powodów, ale główny był taki, że według przewodnika Lonely Planet… nie było tam zupełnie nic ciekawego. Siłą rzeczy trafiali tam podróżnicy przemierzający kraj, bo Lanzhou wyznacza niemalże geometryczny środek Chin, ale według przewodnika był to jedynie punkt przesiadkowy i nie było po co się tam zatrzymywać na dłużej. I właśnie dlatego chcieliśmy je zobaczyć. Chcieliśmy poznać je po swojemu i wyrobić sobie własne zdanie.

Drugi powód to taki, że było to pierwsze prawdziwie chińskie miasto na naszej drodze. Dotychczas większość czasu spędziliśmy w Xinciang (szin-czian), czyli krainie Ujgurów, gdzie wszystko wydaje się być takie nie do końca chińskie. Oprócz Hanów mieszkają tu też mniejszości etniczne, na przykład muzułmańska społeczność ludzi Hui (hłej), ale nie rzucają się w oczy tak bardzo jak Ujgurzy w Kaszgarze, również muzułmanie. O ludziach Hui nie możemy niestety powiedzieć zbyt wiele, oprócz tego, że noszą śmieszne czapki i przerabiają buddyjskie i taoistyczne świątynie na meczety (albo sami z przyzwyczajenia budują je w ten sposób), bo niestety mieliśmy z nimi do czynienia zaledwie przez dwa dni. Zjedliśmy jednak śniadanie otoczeni przez nich w małej knajpce serwującej jedynie parowańce z zieleniną oraz spróbowaliśmy ich szaszłyków. Lanzhou to także punkt wyznaczający mniej więcej północno-zachodni kraniec Tybetu, więc Tybetańczyków również można tu spotkać.

Śniadanie w otoczeniu lokalnych mieszkańców. Mężczyzn z ludu Hui można rozpoznać po tradycyjnej czapce, niekoniecznie białej.

Śniadanie w otoczeniu lokalnych mieszkańców. Mężczyzn z ludu Hui można rozpoznać po tradycyjnej czapce, niekoniecznie białej.

Tak się robi parowańce...

Tak się robi parowańce…

...a tak wyglądają na stole. To chyba najtańszy nasz posiłek w całych Chinach, a jednocześnie jeden z najlepiej wspominanych. Oboje napełniliśmy się jedną porcją!

…a tak wyglądają na stole. To chyba najtańszy nasz posiłek w całych Chinach, a jednocześnie jeden z najlepiej wspominanych. Oboje napełniliśmy się jedną porcją!

Trzeci powód, dla którego chcieliśmy się tu pokręcić, to powód topograficzny. Miasto ściśnięte jest pomiędzy dwa pasma górskie – nagie, skaliste i strome – i przez to rozciąga się na długości 20 czy 30 km, nie będąc w żadnym punkcie szersze niż na mocny rzut kamieniem. Środkiem tego wszystkiego płynie Huang Ho, czyli Żółta Rzeka, jedna z największych i najważniejszych rzek Chin. Dawno temu uczyliśmy się o niej w szkole i bardzo chcieliśmy się dowiedzieć, czy naprawdę jest taka żółta, jak o niej mówią. Rzeka dzieli miasto na dwie części: południową, bardziej płaską, gdzie mieszka większość ludzi, oraz północną, gdzie wieżowce wyrastają z górskiego zbocza, ale gdzie spory obszar zajmuje także ogromny kompleks świątynny.

Ściśnięcie pomiędzy górami powoduje, że miasto jest niesamowicie zatłoczone. Nie jest nawet jakieś wielkie jak na Chiny i jak na stolicę prowincji, ale po prostu nie ma tam na nic miejsca. Każdy stara się znaleźć skrawek miejsca dla siebie. W ten sposób u stóp wielkich wieżowców pojawiają się domy, baraki, warsztaty, stragany. Nie ma wielkich otwartych terenów, parków ani skwerów. Wszystko jest wykorzystane do granic możliwości. Przeszliśmy się takimi wąskimi uliczkami. Byliśmy w miejscu, gdzie w każdym baraku znajdował się kurnik, a zaraz dalej wyrastał dwudziestopiętrowy apartamentowiec.

Kurki na sprzedaż

Kurki na sprzedaż

Kurnik w sercu miasta. Tuż nad nim dwudziestopiętrowy apartamentowiec, niestety nie zmieścił się razem z kurnikiem na jednym zdjęciu.

Kurnik w sercu miasta. Tuż nad nim dwudziestopiętrowy apartamentowiec, niestety nie zmieścił się razem z kurnikiem na jednym zdjęciu.

Tresowany kogut – żywa reklama sklepu z jajami przy głównej arterii.

Meczet w tradycyjnym stylu ściśnięty pomiędzy blokowiskiem z płyty.

Meczet w tradycyjnym stylu ściśnięty pomiędzy blokowiskiem z płyty.

Nowoczesny meczet przy głównym skrzyżowaniu - ale żeby nie marnować miejsca, to do minaretu zmieścił się jeszcze sklepik z przekąskami.

Nowoczesny meczet przy głównym skrzyżowaniu – ale żeby nie marnować miejsca, to do minaretu zmieścił się jeszcze sklepik z przekąskami.

Życie w Lanzhou można by nazwać małomiasteczkowym - jeśli tylko zapomnieć o tym, że wszędzie nad głowami górują drapacze chmur.

Życie w Lanzhou można by nazwać małomiasteczkowym – jeśli tylko zapomnieć o tym, że wszędzie nad głowami górują drapacze chmur.

Siłą rzeczy taki natłok ludzi powoduje, że w mieście panuje okropny smog. Wszyscy mieszkańcy niskich domów i kamienic dogrzewają się piecykami węglowymi. Z każdego sklepiku czy knajpy wystaje rura odprowadzająca dym. Jednocześnie górujące nad miastem wzgórza blokują przepływ powietrza. To właśnie dlatego Żółta Rzeka jest żółta tylko jeśli spojrzeć na nią z bliska. Jeśli natomiast stanąć gdzieś wyżej, to smog wyjaławia cały koloryt.

I tak właśnie widzieliśmy ją, zwiedzając kompleks świątynny. Minęliśmy most i zaczęliśmy wspinać się zakosami schodów do góry. Na zboczu rozsianych jest kilkanaście świątyń i jeszcze więcej kapliczek i altan, zaaranżowanych w niemalże symetryczną strukturę. Przed sobą mieliśmy zielony park naszpikowany barwnymi budynkami, ale jeśli się odwrócić – po drugiej stronie rozciągała się szara panorama klockowatych drapaczy chmur. Im wyżej przez park, tym bledsze się wydawały. Z każdym naszym krokiem w górę szarzała też coraz bardziej Żółta Rzeka, aż w końcu trudno było uwierzyć, że ktoś nadał jej nazwę ze względu na kolor.

Kompleks świątynny przyciąga masy turystów i pielgrzymów z całej okolicy i wydaje się bardzo ważnym centrum religijnym dla Chińczyków. Razem z nami po schodach wspinały się rzesze ludzi z aparatami. W świątyniach każdy zapalał monstrualne kadzidła, wrzucał ofiary do puszek, modlił się, kręcił bębenkami. Nam – przybyszom z innego świata – wydawało się to niezrozumiałe, podążaliśmy więc za tłumem, robiliśmy to samo co inni i staraliśmy się nie popełnić żadnego faux pas. Kiedy zatrzymaliśmy się, żeby odpocząć na ławeczce, zaczęły podchodzić do nas kolejno różne osoby, żeby zrobić sobie z nami zdjęcie. Gdybyśmy postawili przed sobą karton z napisem „Photo 1$”, pewnie niedługo zarobilibyśmy na kolejne pół roku podróży. Zdecydowanie byliśmy tam jedynymi obcokrajowcami. Siedzieliśmy tam i gapiliśmy się na zamglone wieżowce po drugiej stronie rzeki.

Widok na kompleks świątynny od strony miasta

Widok na kompleks świątynny od strony miasta

Wejście do kompleksu - prosto z mostu.

Wejście do kompleksu – prosto z mostu.

Złoty Budda, jeden z wielu w kompleksie.

Złoty Budda, jeden z wielu w kompleksie.

- Halo? Lee? Jestem z Xing Zhongiem, palimy kadzidła.

– Halo? Lee? Jestem z Xing Zhongiem, palimy kadzidła.

- No i co u niego? - Aaaa znowu coś palą z Xing Zhongiem...

– No i co u niego?
– Aaaa znowu coś palą z Xing Zhongiem…

 

Zdobienia wzdłuż krawędzi dachów

Krawędź każdego dachu ozdobiona jest wieloma kolorami.

SAMSUNG CSC

Widok ze wzgórza świątynnego

Aż trudno uwierzyć, że miasto ciągnie się i ciągnie...

Aż trudno uwierzyć, że miasto ciągnie się i ciągnie…

Znajdowaliśmy się jakby w dwóch światach jednocześnie: w świecie kolorowych zdobień, reliefów, posążków, świętych obrazów i kadzideł, ale też w świecie szarej rzeczywistości, drobnych biznesów, klaksonów i geometrycznych brył. Takie Sacrum i Profanum, oddzielone jedynie symbolicznie bladobeżową wstążką w dole.

Czy Lanzhou jest miejscem wartym odwiedzenia? Dla osoby podzielającej naszą filozofię podróżowania – tak. Tyle że ta nasza filozofia oznacza odwiedzanie nie tylko wymuskanych atrakcji z okładek przewodników, ale też wtapianie się w tłum i oglądanie codziennego życia mieszkańców, jedzenie z nimi, robienie tego co oni. W Lanzhou te dwa światy to jakby dwie szale tej samej wagi, rozłożone po obu stronach rzeki w odpowiednich proporcjach. Nie dziwi nas, że przewodnik Lonely Planet określił Lanzhou jako niewarte odwiedzenia. Podejrzewamy jednak, że większość mieszkańców Lanzhou określiłaby przewodnik Lonely Planet jako niewarty czytania. My też wolimy raczej zaufać własnej intuicji.

SAMSUNG CSC

You may also like

%d bloggers like this: