Nepal

Czemu tak męczysz, Nepalu? Spostrzeżenia po 10 tygodniach w kraju Himalajów

posted by Krzysiek 26 maja 2016 0 comments
SAMSUNG CSC

Kiedy dziesięć tygodni temu wylądowaliśmy w Kathmandu, byłem zachwycony. W mieście panował chaos, hałas i brud, ale miałem przeczucie, że w końcu coś zacznie się dziać. Na pewno duży wpływ na to mieli poznani ludzie i ich podejście w stylu „nie ma rzeczy niemożliwych”, szczególnie nasz gospodarz Madhukar zaskoczył nas swoją aktywnością i tym, jak szybko znajduje rozwiązania na różnorakie problemy.

Nepal był sporą odmianą po Azji Południowo-Wschodniej, gdzie może było przyjemnie i wygodnie, ale niestety piekielnie nudno. Nie potrafiliśmy wejść w bliższy kontakt z tamtejszymi ludźmi. Właśnie ze względu na to, że w końcu dało się z kimś porozmawiać, byłem tak zachwycony Nepalem. Po kilku dniach pobytu w Kathmandu napisałem artykuł na ten temat. Zastanawiałem się wtedy, czy go w ogóle pisać i publikować, bo mam w zwyczaju raczej czekać do wyjazdu i dłużej, aż moje myśli się poukładają zanim wydam jakąś opinię.

Teraz, po upływie trzech miesięcy i zobaczeniu samego kraju (a nie tylko stolicy) mam zgoła odmienne zdanie na temat tego wszystkiego, chociaż w tamtym artykule nie zmieniłbym ani słowa. Te rzeczy, które mnie wtedy zachwyciły, wciąż mi się podobają. Pojawiło się jednak mnóstwo innych, które mnie wymęczyły, i to one są odpowiedzialne za moją obecną opinię. Cieszę się, że go wtedy napisałem, bo dzięki temu mam teraz wgląd w to, jak na przestrzeni czasu zmieniło się moje postrzeganie.

Za zmęczenie Nepalem odpowiada w dużej mierze to, że zobaczenie tych ogromnych, pięknych gór, z których tej kraj słynie, wiąże się najpierw ze spędzeniem kilku rozczarowujących dni na dostaniu się w odpowiednie miejsce, skąd zaczyna je być widać. O ile nie korzysta się z samolotów lub helikopterów, to żeby z Kathmandu lub Pokhary dostać się w wysokie góry i znaleźć się pomiędzy ośnieżonymi szczytami, trzeba najpierw przez wiele godzin telepać się w rozklekotanym autobusie, a potem jeszcze przez kilka dni maszerować po ścieżkach, gdzie wszechobecny pył zasłania wszystkie widoki. Zanim człowiek wejdzie na tyle wysoko, żeby zobaczyć panoramę gór, już ma tego dosyć i chce mu się wracać. Przyjeżdża do kraju z nastawieniem, że będzie obcował z cudowną, dziewiczą przyrodą i oddychał świeżym powietrzem, oglądając najwyższe góry świata, a w rzeczywistości jest rozczarowany. Zamiast tego, co sobie wymarzył, dostaje z początku co najwyżej widok bladego konturu pagóra oddalonego o kilkaset metrów (dalej widać tylko szarość), a z dołu, oprócz szumu rzeki, dobiegają dźwięki ciężkiego sprzętu w kamieniołomach i ciągłe brzmienie klaksonów. Czuje się oszukany. Naoglądał się w Internecie pięknych zdjęć i nasłuchał się zapewnień ze strony Nepalczyków, jak to będzie wspaniale. Za takie pieniądze – myśli sobie – to ja mogłem sobie polecieć do innego kraju i cieszyć się widokami każdego dnia.

Dwa tygodnie spędzone na trekkingu w Kirgistanie, Nowej Zelandii czy Boliwii to dwa tygodnie pełne oszałamiających widoków. Dwa tygodnie na trekkingu w Nepalu to wiele dni spędzonych na maszerowaniu w pyle z krótszym lub dłuższym – zależnie od szczęścia – okresem pięknych widoków gdzieś pośrodku.

SAMSUNG CSC

W rezultacie trekkingi męczą bardziej psychicznie niż fizycznie. Dostaje się w końcu to, po co się tu przyjechało, czyli piękne panoramy gór, widoczne w krystalicznie czystym powietrzu, tyle że wtedy ma się już tego wszystkiego dość i zamiast w pełni się tym cieszyć, chce się już po prostu wracać.

Tyle że zejście z gór przynosi nowe rozczarowanie. Zdarzyło nam się to i po wjechaniu rowerami na najwyższy punkt Annapurna Circuit, i później na trekkingu dookoła Dhaulagiri. Przekroczyliśmy przełęcz, zaczęliśmy schodzić w dół i naszym oczom ukazał się widok… zasnutej pyłem doliny. Znowu. Myśl o tym, że w hotelu na dole czeka na nas dobre jedzenie i ciepły prysznic, szybko zostawała wypychana z umysłu przez myśl o tym, że znowu musimy wracać do pylistego świata nepalskich dolin, że znowu będziemy się dusić i że wszystko będzie trzeba co chwilę myć albo prać. Nagle, odbijając się od odległych ścian skalnych po drugiej stronie, rozlegał się jazgotliwy klakson rozpędzonego autobusu, słyszalny mimo tego, że znajdowaliśmy się kilka kilometrów od drogi. Z przerażeniem uświadamialiśmy sobie, że nie wracamy jedynie do świata pyłu, ale też do świata hałasu i chaosu. Wierzcie mi, klaksony w tej części świata wydają dźwięki bardziej irytujące niż gdziekolwiek indziej. Pojawiała się myśl, że może lepiej zawrócić i zostać na zawsze w zimnych, surowych górach, jedząc korzonki i pijąc wodę z lodowca. Wracanie do nepalskiej „cywilizacji” nie było wcale zachęcające.

Ale mimo wszystko wracaliśmy – i staraliśmy się wtedy jak najbardziej odciąć od świata. Chowaliśmy się w pensjonatach (całkiem przytulnych zresztą), jedliśmy co nam się podobało i spędzaliśmy cały czas w Internecie, żeby już nie musieć myśleć o górach i żeby nie musieć wchodzić w kontakt z ludźmi. Chcieliśmy w takich momentach odpocząć od wszystkiego, klęliśmy na rowery, klęliśmy na plecaki. Nie mieliśmy zupełnie ochoty na dalsze podróżowanie. A jeśli do takiego stanu dochodzi – to chyba coś jest nie tak. Jasne, czuliśmy satysfakcję ze swoich dokonań, ale jednocześnie potrzebowaliśmy czasu, żeby nam się to wszystko ułożyło w głowach.

Byliśmy już w wielu miejscach, gdzie każdy dzień wiązał się z niesamowitymi doznaniami estetycznymi wynikającymi z coraz to nowszych widoków i pięknej przyrody. Pamiętam, jak zachwycony byłem zmieniającymi się jak w kalejdoskopie krajobrazami Turcji, jak w Chinach każda kolejna prowincja wyglądała jak nowy świat. Pamiętam również, jak oszołomiony byłem moreną pod lodowcem Karakol i jak następnego dnia obudziliśmy się otoczeni świeżo ośnieżonymi świerkami. W żadnym z tych krajów nie było tak, że trzeba było najpierw przejść lub przejechać przez region „brzydki” żeby znaleźć się w końcu w regionie „ładnym”. Widoki oszałamiały codziennie. W Nepalu tego nie ma – zobaczenie wysokich gór wymaga spędzenia wielu rozczarowujących dni na wdychaniu pyłu zasłaniającego wszelkie widoki. No chyba, że ma się kasę na awionetkę, która przeteleportuje człowieka bezpośrednio ze świata wygodnych hoteli w świat wysokich gór i z powrotem, wtedy można próbować oszukiwać się, że Nepal to tylko wysokie góry i rześkie powietrze.

Nie każdy może jednak pozwolić sobie na loty awionetkami, Zjeżdża się w doliny – autobusem, rowerem czy czymkolwiek – i jest tylko gorzej. Wydostanie się z gór oznacza spędzenie wielu godzin na wdychaniu pyłu, który unosi się spod kół pojazdów. Ludzie w autobusach dziesiątki razy na przemian otwierają i zamykają okna, żeby było czym oddychać, ale żeby pył spod kół mijanych terenówek nie dostawał się do środka.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

W końcu pojawia się asfalt i pyłu na drogach jest mniej, ale pojawiają się inne problemy. Pojawiają się rozpędzone ciężarówki, pojawiają się brzydkie dolinne miasteczka i pojawiają się ludzie w zbyt dużych ilościach, a jednocześnie nie ma niczego, co mogłoby to wynagrodzić. Nie ma pięknych widoków, bo wciąż pył zasłania wszystko, nie ma ciekawych zabytków, które można by zwiedzać, nie ma bazarków pełnych lokalnych smakołyków. Nepalska kuchnia jest strasznie powtarzalna i nie ma nawet co się spodziewać, że nagle w kolejnym miasteczku ktoś wpadnie na jakiś nowy pomysł i zrobi coś innego. Pojawiają się niewykończone domy z żelbetonu, pozbawione jakiegokolwiek stylu, kupy gruzu i śmieci w rowach. Wyjechanie poza turystyczny rejon Annapurny i turystyczną dzielnicę Pokhary oznacza wjechanie w świat, w którym nie ma nic pociągającego, gdzie podróżnik będzie znudzony i gdzie nie znajdzie nic wartego zapamiętania.

Przejechanie 200 km z Pokhary do Kathmandu zajęło nam 5 dni. Po części dlatego, że mieliśmy pewien projekt do wykonania i musieliśmy posiedzieć sporo czasu przy komputerze, ale po części także dlatego, że strasznie nie chciało nam się spędzać czasu na zatłoczonej drodze ani tym bardziej wracać do brudnego i hałaśliwego Kathmandu. A ruch na drogach naprawdę jest okropny – w szczególności na tej najważniejszej krajówce, łączącej dwa największe miasta. Jazgot klaksonów jest nie do wytrzymania, a do tego kierowcy przyjmują założenie, że jak go wcisną do oporu, to mogą sobie bez ogródek jechać naszym pasem na czołówkę. Wielokrotnie nie mieliśmy wyjścia, tylko musieliśmy salwować się ucieczką na pobocze – rozpędzona ciężarówka jadąca z naprzeciwka przecież nie zatrzyma się nagle w jakiś magiczny sposób ani nie zjedzie na swój pas, bo przecież właśnie wyprzedza inną ciężarówkę. Dlatego konieczność spędzania czasu na jeździe rowerem odpychaliśmy od siebie jak tylko się dało. Chcieliśmy jakoś zabić te dni przed wylotem, bo nie mieliśmy ochoty jechać nigdzie dalej ani nie spodziewaliśmy się, że nagle wydarzy się coś niezwykłego i godnego zapamiętania.

Przez ten czas mieliśmy również do czynienia z całą rzeszą Nepalczyków, co dodatkowo nas wymęczyło. Ludzie to obok pyłu chyba najważniejszy czynnik odpowiedzialny za zmęczenie tym krajem. Ale przypomnijcie sobie – dopiero co kilka tygodni temu w poprzednim artykule pisałem, że byłem nimi zachwycony, a teraz na górze tego artykułu zaznaczam, że nie zmieniłbym w nim ani słowa. Nic mi się nie pomyliło, dokładnie tak jest.

Nepalczycy reprezentują całe spektrum ludzi – od tych, którzy zapadają w pamięć do końca życia, po tych, którzy potrafią człowieka doprowadzić do szewskiej pasji swoim zachowaniem.

W Kathmandu mieliśmy do czynienia głównie z tą pierwszą grupą. Nawet sprzedawcy na Thamelu, którzy przecież żyją z turystów, wydawali się szczerzy. Dało się z nimi porozmawiać, pośmiać, dowiedzieć czegoś od nich. Wielokrotnie w innych częściach kraju też trafialiśmy na fantastyczne osoby, często byli to ludzie prowadzący knajpki, hotele czy po prostu sprzedający mango. Z drugiej strony byli także ci, którzy traktowali nas jak idiotów, spodziewając się, że wydrą od nas kasę, byli też ci, z którymi zupełnie nie dało się wejść w jakikolwiek kontakt, mimo że było zupełnie oczywiste, czego od nich chcemy.

Wyobraźcie sobie, że prowadzicie hotel. Mały taki, w gruncie rzeczy jest to ciemna i brudna dziura. Gościcie głównie swoich rodaków, ale na wszelki wypadek wywiesiliście nad drzwiami wielki napis HOTEL w obcym alfabecie (tzn. łacińskim). Pod hotel zajeżdżają dwie osoby na rowerach, wyglądają na podróżnych. Koleś mówi jakieś niezrozumiałe wyrazy (nie znacie angielskiego), ale pokazuje gestami, że chce spać, pokazuje na palcach „dwa”, wskazuje na siebie i swoją dziewczynę, pyta o cenę (zna wyraz „ile” w Waszym języku). Co mu odpowiadacie? No jasne – nic. Stoicie tylko jak jakiś matoł i opieracie się o futrynę, nie mówiąc nic.

Takich sytuacji było niestety na pęczki. Zdarzało nam się, że zanim znaleźliśmy nocleg, musieliśmy wejść do kilku lokali i w żadnym nie dało się dogadać z właścicielem. Pamiętam, jak w jednym miejscu (swoją drogą było to chyba drzwi obok od tego opisanego w poprzednim akapicie) zapytaliśmy faceta siedzącego na recepcji o pokój. Ten nawet się nie podniósł, tylko zawołał żonę, ta przyszła, zawołała córkę, a gdy pojawiła się córka, to jeszcze przez dłuższy czas dywagowały pomiędzy sobą, która ma pójść pokazać nam pokój. Potem kolejne kilka minut zajęło nam wyciągnięcie od nich ceny pokoju, a gdy zapytaliśmy o ceny jedzenia, zamiast menu dostaliśmy do rąk księgę gości. Nie zostaliśmy tam na noc, odwróciliśmy się na pięcie i wyszliśmy. To wyręczanie się młodszymi lub „słabszą płcią” jest niestety nagminne. Nikomu nie chce się ruszyć z miejsca, lepiej zawołać żonę albo córkę, niech ona się wysila.

Często mieliśmy wrażenie, że ludzie mieli po prostu głęboko w poważaniu nas oraz własne biznesy. Rozumiemy, że jakość obsługi może być niska albo że w oddalonej od świata wiosce zdarzy się, że zabraknie kawy… ale często ludzie w restauracjach zwyczajnie zapominali o naszych zamówieniach, podawali nie to co trzeba (bo tak było im wygodniej) albo po godzinie czekania, kiedy pytaliśmy, gdzie jest nasz naleśnik, wzruszali ramionami i odpowiadali, że „przecież nie ma prądu”. Jakby to było dla nas oczywiste, że brak prądu oznacza brak naleśnika i automatyczną anulację zamówienia. A człowiek siedzi głodny i czeka jak idiota.

Szczytem wszystkiego była sytuacja w Besisahar. To miasteczko jest punktem, z którego turyści zaczynają trekking dookoła Annapurny albo przynajmniej przesiadają się w inny środek transportu, można by się więc spodziewać, że jakość obsługi w hotelach będzie na relatywnie dobrym poziomie. Nic z tych rzeczy. Znaleźliśmy tani hotelik, zamówiliśmy jednego chowmeina z kurczakiem i jednego dal bhata. Pan pokiwał głową nie odrywając wzroku od telefonu, po czym wyszedł z hotelu. Myśleliśmy, że poszedł szukać kurczaka.

Mieliśmy wrażenie, że nikt nie zajął się naszym jedzeniem. Pytaliśmy się o nie parę razy najpierw pracującą tam dziewczynę, potem chłopaka, który do niej przyjechał. Zapewniali nas, że nasze jedzenie się robi. Po około godzinie na naszym stole wylądowały dwa chowmeiny. Iza spytała uprzejmie, czemu dostała to, a nie dal bhata. I wszystko byłoby OK, gdyby nam powiedzieli, że nie mieli składników, że zrobili to, żebyśmy nie musieli dłużej czekać, albo gdyby wymyślili dowolną inną wymówkę. Zamiast tego zostaliśmy zwyzywani przez (podpitego) chłopaka, który ostatecznie zaczął miotać się po jadalni i kazał nam – dosłownie – wypierdalać z hotelu. Miła obsługa, co?

Ale zdarzają się też dobrzy restauratorzy i hotelarze. Niektórzy są naprawdę uprzejmi, zabawni, opiekuńczy. Ktoś zobaczy Cię rano jak schodzisz ze schodów i podejdzie zapytać, jak Ci się spało. Innego zapytasz o skład sosu podanego do potrawy, a ten z wielką pompą urządzi Ci pokaz i oświadczy Ci się listkiem mięty. Jeszcze inny zgarnie Cię z ulicy do swojego hotelu, bo też jest rowerzystą, a rowerzyści trzymają się razem, a potem okaże się całkiem znaną postacią w świecie podróży rowerowych. Tych ludzi warto zapamiętać. O tych złych pewnie szybko zapomnimy.

Prawdziwa gościnność w Nepalu już praktycznie nie istnieje. Zamiast tego wszystkie relacje działają na zasadzie sprzedawca-klient. W poprzednim artykule pisałem o zwyczaju częstowania herbatą – i strasznie dziwi mnie to teraz, bo od tamtego momentu nie zdarzyło nam się to ani razu. Nie ma tak, że ktoś pijący herbatę przed domem zawoła Cię i poczęstuje z dobrego serca albo z chęci poznania obcej kultury. Albo że zaoferuje Ci owoc z własnego sadu. Możesz się spodziewać, że jak tylko się w niego wgryziesz, to krzyknie odpowiednią cenę. Nie jesteś gościem – jesteś turystą. Z Nepalem stało się dokładnie to samo, co dzieje się obecnie z Gruzją – także tam, ze względu na zwiększającą się ilość turystów, gościnność coraz częściej zamienia się w biznes. Oba te kraje szczycą się, że są najbardziej gościnnymi krajami na świecie – a ja mam zupełnie inne odczucia. Nepal i Gruzja zostają daleko w tyle za Iranem, Turcją, Kirgistanem, Armenią, Chinami – tam faktycznie czuliśmy się, że nasza interakcja z ludźmi jest czysta, że nie trzeba podliczać, ile kto od siebie dał. Ktoś stawia na stole swój dżem i miód, my możemy dołożyć owoce albo cukierki. Tam wszyscy cieszyliby się, że możemy wspólnie jeść i się poznawać, tutaj… może, przy dużym farcie, ktoś odliczyłby nasze owoce od rachunku.

Zapytacie zapewne, dlaczego mimo wszystko sypialiśmy w hotelach, mimo że tak nas męczyły – przecież mamy namiot. I już Wam odpowiadamy: nizinny Nepal to pierwsze miejsce na świecie, gdzie nie chcieliśmy rozbijać namiotu, bo obawialiśmy się ludzi. Obawialiśmy się ich nachalności, ich braku poszanowania cudzej prywatności, braku zahamowań we włażeniu z butami w czyjeś życie. Zdarzało nam się, szczególnie kiedy rozbijaliśmy się w pobliżu osad ludzkich, że od samego rana nasz namiot obsiadali ludzie i gapili się bez słowa, jak się ubieramy, myjemy i jemy śniadanie. Niektórzy bez pardonu zaglądali nam do środka. Co innego w odludnych górach, gdzie spanie w gęstym lesie, na lodowcu albo pod wodospadem to jedne z najbardziej niezapomnianych przeżyć naszych dotychczasowych podróży. Ale nie w dolinach. Nie mieliśmy obaw rozbijając się w irańskich parkach, w Chinach na tyłach czyjegoś domu albo na czyjejś posesji w Kambodży. W Nepalu, w czasie drogi powrotnej z Pokhary do Kathmandu – nawet nie przyszło nam to do głowy.

No i na koniec ostatnia rzecz, która niestety miała silnie negatywny wpływ na nasze zadowolenie z pobytu tutaj – dzieci. Wiecie jak to jest, że w biedniejszych krajach dzieci proszą o pieniądze, a oczy zaświecają im się jak tylko zobaczą białego turystę. Zdarzyło nam się to parę razy w Laosie czy w Kambodży (ale sporadycznie, nie licząc słynnego Tonle Sap, gdzie z żebractwa zrobił się gruby biznes), raz w Turcji. Nie przypominam sobie takich sytuacji w Chinach, Iranie, Kirgistanie czy w Tajlandii. W Maroko jest to dość częste, ale… tam dzieci są przynajmniej skromne i uprzejme. Pamiętam, jak na obrzeżach saharyjskiego miasteczka podeszła do mnie dziewczynka i powiedziała słodko „Monsieur, un dirham”, a ostatecznie wyszło na to, że z nią i jej rodziną spędziłem cały wieczór w niesamowitej atmosferze.

A w Nepalu? W Nepalu to jest nagminne, schematyczne, irytujące i zwyczajnie chamskie. Ani razu nie słyszeliśmy wyrazu „proszę”, tylko zawsze tonem nieznoszącym sprzeciwu dzieci mówiły: „give me chocolate”, „give me rupees”, „give me pen”. I najlepsze: „give me balloon”. Skąd ja wam, u licha, wezmę balona pośrodku gór?!

Ale co gorsza – to jest trend, schemat zachowania. Starsze dzieci uczą młodsze właściwych sformułowań. Jak zobaczą turystę, to zrywają się na równe nogi, krzycząc „Tourist, tourist!”, żeby poderwać inne w stan gotowości. Ba! Widzieliśmy nawet matki, które stymulowały swoje dzieci do żebrania. Mieliśmy sytuacje, kiedy matka zauważała nas jadących przez wieś i poganiała swoje dzieci mówiąc coś w stylu „no leć, leć, powiedz im ‚give me sweet'”. To było żenujące, rozczarowujące i zwyczajnie niesmaczne. Doszło nawet do tego, że baliśmy się pomachać do dzieci albo powiedzieć cześć, bo spodziewaliśmy się, że będą za nami wrzeszczeć „GIVE ME MONEY!!!” i że znowu zepsują nam humor. Lepiej było wlepić wzrok w drogę i nie zwracać na nic uwagi.

I tak wyszło, że ostatecznie przez dwa miesiące Nepal nas wymęczył, odstraszył od ludzi, zraził do siebie, wpoił nam, że piękne widoki są tylko z dala od cywilizacji i że wszystko w dolinach jest powtarzalne i nudne. Ale wynosimy stąd również mnóstwo niesamowitych wspomnień: widoków oszałamiających lodowców spływających z największych gór na Ziemi, kolacji jedzonych w ciemnych kuchenkach, oświetlonych tylko ogniem huczącym w piecyku, wiosek odciętych od świata, pozbawionych prądu i telewizorów, wspaniałych naleśników i szarlotek z jabłek z górskich sadów czy zup gotowanych na ogniskach w głębi gęstych lasów. I z doświadczenia wiemy, że ostatecznie to właśnie te dobre wspomnienia zostaną nam w pamięci najdłużej, a wszystko inne prędzej czy później rozmyje się i wyda się wcale nie takie złe. Kiedyś tu wrócimy, ale teraz musimy sobie od tego wszystkiego odpocząć. Za jakiś czas, kiedy rozmyje się nieco moja pamięć o tym, co mnie tu irytowało, napiszę pewnie kolejny artykuł – o tym, co w tym kraju jest dobre i dlaczego warto tu przyjechać. Razem z tym i poprzednim artykułem wyjdzie z tego ciekawe zestawienie – tego, jak zmienia się postrzeganie w zależności od upływu czasu.

SAMSUNG CSC

You may also like

%d bloggers like this: