Kambodża

Wiejskie życie wzdłuż Mekongu. Kambodża poza szlakiem turystycznym.

posted by Izabela 29 czerwca 2016 0 comments

Kambodża kojarzy się głównie ze świątyniami Angkor Wat, ulicą pubów w Siem Reap i muzeami przypominającymi o tragicznych rządach Pol Pota w Phnom Penh i okolicach. Oprócz flagowych atrakcji kraj ma do zaoferowania również proste, codzienne życie. Jakiś czas temu rząd nawet podjął próbę stworzenia Mekong Discovery Trail, promującego ekoturystykę wzdłuż Mekongu. Pomysł niestety szybko porzucono, zanim miał szansę stać się atrakcją turystyczną. Dziś poza pojedynczymi wzmiankami o tym, że idea szlaku turystycznego wzdłuż Mekongu w ogóle istniała, trudno doszukać się jakichkolwiek informacji. Praktycznie nie istnieją już mapy, znaki i kierunkowskazy, nie ma turystów i infrastruktury. Pozostała za to droga, która według mnie jest jedną z najpiękniejszych dróg w całym kraju.

Szlak wzdłuż Mekongu to w dużej mierze szutrowa droga przez wioski, praktycznie pozbawiona turystycznej infrastruktury. Życie toczy się prosto, a ludzie wciąż używają zwierząt i drewnianych wozów do pracy w polu.

 My przejechaliśmy rowerami około 500 km drogi z Stung Treng na północy kraju do stolicy – Phnom Penh, starając się trzymać możliwie jak najbliżej rzeki. Rower to chyba najlepsza metoda na eksplorowanie tych okolic. Tak poruszali się wszyscy przybysze z zagranicy, jakich spotkaliśmy na trasie – czyli łącznie trzy osoby.

Pierwszego dnia na szlaku, kiedy tylko dotarliśmy na brzeg rzeki, mogliśmy zobaczyć pierwsze domy zbudowane na wodzie. Najsłynniejsze „pływające wioski” są na jeziorze Tonle Sap. To tam trafia najwięcej turystów i to tam kręci się nieetyczny biznes z udziałem dzieci wysyłanych przez rodziców na żebry. Pisaliśmy o tym jakiś czas temu, o tutaj. Wzdłuż Mekongu nie ma wiele takich osiedli, większość ludzi osiedla się na brzegu, budując domy na palach.

Przed wyjazdem z miasta wybraliśmy się na bazar. Co prawda nie ma potrzeby robić większych zapasów żywności, bo po drodze można kupić wszystko co potrzebne, ale wizyta na bazarze to zawsze świetna okazja do przyjrzenia się mieszkańcom. Bazar w Stung Treng jest bazarem typowo kambodżańskim – mieszanina zapachów, chaosu i hałasu przyprawiła o zawrót głowy nawet nas, po kilku miesiącach w Azji, mimo że wydawało nam się, że nic nas już nie zaskoczy.

Jedno z naszych ulubionych „bazarowych” zdjęć. Za młody na motor? Niemożliwe. Tutaj skutery prowadzą nawet dzieci, kiedy chcą wybrać się nad rzekę ze znajomymi.

Poza miastami ludzie raczej nie zajmują się handlem. Rolnictwo to główne zajęcie mieszkańców. Uprawia się tu różne rzeczy – od ryżu przez kukurydzę i inne popularne warzywa po banany i mango. Rzadko kto używa w polu pojazdów silnikowych, wciąż dominują maszyny ciągnięte przez bydło.

Życie na khmerskiej wsi nie jest łatwe ani lekkie, ale tworzy wiele przepięknych kadrów. Czuć spokój i harmonię, na proste rzeczy można patrzeć z zachwytem godzinami. Już mówiliśmy, że na tej trasie znaleźliśmy najpiękniejsze miejsca w całej Kambodży?

W tej okolicy uprawia się też dynię. Akurat trafiliśmy w sezon zbiorów, kiedy ludzie zwozili ją z pola na drewnianych wozach. Tego typu wozy stoją przed każdym domem. Kiedy są potrzebne do pracy po prostu zaprzęga się do nich bydło. Prosto i ekologicznie. I pewnie okropnie ciężko.

Oprócz bydła hoduje się też bawoły błotne. Mało kto zamyka je w zagrodach, najczęściej spacerują sobie swobodnie po okolicy i większość czasu spędzają niepilnowane nad rzeką. Te ze zdjęcia rano spacerowały zaglądając nam do namiotu, a potem jak prawdziwe gwiazdy ustawiły się nad rzeką do sesji fotograficznej.

Mimo nawet udanej sesji z udziałem bawołów nad Mekongiem to krowy są zdecydowanie bardziej fotogeniczne. Ta od początku przeczuwała, że zostanie gwiazdą Internetów. Niektóre z nich noszą biżuterię – kolorowe kolczyki i naszyjniki, w założeniu mające najprawdopodobniej chronić przed złymi duchami, ale kto wie? 😉

Krowy nie pasą się wolno, najczęściej to ludzie zbierają dla nich pokarm. Mieszkają najczęściej w takich zagrodach, albo mają swój kącik w cieniu pod domem postawionym na palach.

Zauważyliście, że to nie są takie zwykłe krowy. Odkąd je zobaczyłam, byłam zafascynowana ich wielkością. W kłębie są często wyższe od przeciętnego Kambodżanina. Dzięki temu są silne, to rasa wykorzystywana do pracy, ze względu na mleko zwierząt się tutaj nie trzyma.

Oprócz uprawy ziemi mieszkańcy mają też inne zajęcia. W okolicy produkuje się węgiel drzewny. W większości w tradycyjnych, glinianych piecach różnej wielkości. Są po drodze wioski, w których pod każdym domem stoi kilka takich pieców. Węgiel drzewny to w Kambodży jedno z tańszych paliw – wiele ludzi używa go codziennie do gotowania posiłków.

Miejscami jest jeszcze spokojniej. Mniej zwierząt i maszyn, a domy już nie drewniane a z bambusa. W sąsiedztwie rosną bananowce i palmy kokosowe. Na pierwszy rzut oka takie wioski wyglądają jak raj na ziemi, ale wbrew pozorom nie wszystkie domy mają tu dostęp do sieci elektrycznej.

Wieczorna toaleta całej rodziny. Dzieciaki kąpią się w Mekongu, starsze kobiety robią pranie. Bieżąca woda to wciąż dla wielu nieosiągalny luksus.

Świątynie buddyjskie to nie tylko miejsca kontemplacji, tutaj dzieci też bawią się, uczą i spędzają czas. Po drodze mijaliśmy wiele takich kompleksów. Świątynie to zwykle najbardziej kolorowe i największe budynki we wiosce. Wewnątrz często odbywają się lekcje, a na placach przed świątyniami dzieciaki uprawiają sporty. W niektórych miejscach świątynie buddyjskie stawiane są naprzemiennie z meczetami. Tam, gdzie Khmerom buddystom towarzyszą muzułmanie, wszelkiego typu świątyń jest więcej i są bardziej okazałe – każdy chce się pokazać 😉

Na mniejszych kanałach pełno jest łódek i bambusowych konstrukcji służących do połowu ryb. W porze suchej poziom wody jest bardzo niski, większość tej maszynerii stała więc nieużywana.

Szkoda, że wszędzie, również w rzekach, wraz z działalnością człowieka pojawiają się też śmieci. Do następnego roku pewnie stąd znikną, monsun zniesie je do oceanu.

Dzieciaki w przeciwieństwie do nas nie muszą przejmować się mostami na rzekach, bo na łodziach radzą sobie świetnie. Praktycznie w każdym domu jest chociaż malutka łódź i kilkuletnie brzdące potrafią jej używać. Niektóre z dzieci pływają na łódkach nawet do sklepu po cukierki.

Wzdłuż szlaku jest kilka większych miasteczek, w których na upartego znajdziemy jakieś atrakcje turystyczne. Jedną z ciekawszych atrakcji jest bambusowy most w Kompon Chnang. Most jest stawiany praktycznie od nowa co roku po monsunie i jest największą tego typu konstrukcją na świecie zbudowaną w całości z bambusa. Prowadzi z miasta do wioski położonej na wyspie na Mekongu. Co roku w porze suchej jest budowany od nowa.

Na wyspę koło Kompon Chnang jeździ się też ze względu na plaże, choć to atrakcja bardziej dla lokalnych mieszczuchów. Aby wygodnie dojechać do wioski i na plaże zbudowano też bambusowe drogi. To zaskakujące jak wiele bambus ma zastosowań.

W wielu miejscach nad Mekongiem uprawia się ryż. Niestety byliśmy tam pod koniec pory suchej, więc zamiast soczyście zielonych upraw mogliśmy oglądać jedynie wyschnięte, pełne pożółkłej słomy tarasy, ale w ryżowym sezonie widoki muszą być niesamowite.

Kambodża to nie tylko świątynie Angkoru, ulica Pubów w Siem Reap i muzea w Phnom Penh. Przejechaliśmy 500 km po drogach i bezdrożach wzdłuż Mekongu. Poza utartym szlakiem znaleźliśmy urokliwe wioski, w których czas się zatrzymał, uprawy, hodowle zwierząt i najpyszniejsze mango. Jadąc rowerami mogliśmy obserwować leniwe życie mieszkańców i ich codzienne zajęcia.  Szkoda tylko, że nie dane nam było zatrzymać się gdzieś na dłużej, by nie tylko obserwować, ale też uczestniczyć w życiu mieszkańców i dowiedzieć się do czego dokładnie służą te dziwaczne, bambusowe konstrukcje pobudowane na kanałach.

You may also like

%d bloggers like this: